„Trening na wysokiej oktawie (gorzale)” - trening, dieta i doping – 30/40 lat temu!

Dotarłem do bardzo ciekawego wywiadu ze Sławomirem Ambroziakiem – byłym zawodnikiem, trenerem, autorytetem programów żywienia i wspomagania dla zawodników różnych dyscyplin sportowych, który na łamach Muscle & Fitness (nr.59 Lipiec 1997) opowiedział o kulturystyce w czasach kiedy „Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatniej”. Oto kilka bardzo ciekawych spostrzeżeń dotyczących treningu diety i dopingu z tamtego okresu (lata 70 i 80 -te).

Trening:
Wiedzę czerpano z książki pioniera polskiej kulturystyki Stanisława Zakrzewskiego „Siła sprawność i piękno”. Robiono 3-4 ćwiczenia na grupę mięśniową, 5-6 serii każdego ćwiczenia po 8-10 powtórzeń. Brzuch trenowano codziennie – taka był moda. Siła i rozwój nóg nie był w poważaniu. Liczyła się klata i łapa czyli mięśnie „widokowe”. Kulturystyka zaczynała się od „magicznych” 40 cm w łapie. Wynik na ławie ustawiał ćwiczącego w klubowej hierarchii, jeśli ktoś cisnął 140 kg to już był bardzo „uważany”. Byli entuzjaści treningu pod lekkim wpływem „gorzały”. W szatni wypijali ćwiartkę na dwóch i do roboty. Nazywało się to „trening na wysokiej oktawie”.

Dieta:
Wiedza na temat diety była bardzo uboga. Zasadą było, żeby jeść dużo generalnie wszystkiego naraz. Na jednym posiedzeniu zjadało się kilogram tatara i popijało litrem mleka. Modna były surowe jaja w szklance od 6 do10. Masowanie trwało ok 10 miesięcy.
Przy robieniu rzeźby rezygnowało całkowicie z węglowodanów, modny był następujący pogląd: aby rzeźba szła należało robić 1000 powtórzeń na brzuch bez przerw na każdym treningu. Aby rzeźba szła lepiej – 2000. Jednak najlepiej działało 3 tys. Biały chudy ser był bardzo ważnym składnikiem diety na rzeźbę. Zalecano 4 posiłki dziennie, na każdy po kilogramie sera plus główka sałaty. Nie uznawano kawy i herbaty, uważając je za szkodliwe. Była teoria, że alkohol może mocno poprawić rzeźbę. W przeddzień  zawodów należało wypić pół litra, najlepiej nie popijając tylko lekko zakąszając. W dzień startu, przed każdym wyjściem na scenę „walić” 50-tkę koniaku. Niektórzy zwolennicy tej formy wspomagania lekko kołysali się na scenie, ale rzeźbę mieli!

Doping:
99,99% zawodników stosowało metanabol, stosowano się do zaleceń terapeutycznych, nieznacznie zmodyfikowanych. Największy „koksiarz”  nigdy nie przekroczył dawki 15 mg dziennie! W przeciwieństwie do czasów dzisiejszych „koksu” prawie nie stosowali początkujący i trenujący rekreacyjnie. Generalnie w okresie robienia masy stosowano dwie kurację po 6 tygodni, rozpiętość dawek od 5 do 15 mg dziennie. Najpopularniejszy był polski metanabol, popularnie zwany „mietkiem”, dostępny w aptekach na recepty, kosztował grosze. Recepty dostawało się od niektórych znajomych lekarzy, w każdym klubie był ktoś kto miał „dojścia”. Z odżywek pojawiały się pierwsze preparaty mineralno – witaminowe Vitaral, które wówczas uważano za fantastyczny środek na przyrost masy. W Pewexie (sklepy w których za „komuny” kupowano ekskluzywne towary za bony dolarowe) można było kupić odżywki dla niemowląt – Portagen, brało się to jak  relikwię, jedną łyżeczkę do herbaty 3 razy dziennie, oczywiście odżywka nie działała gdyż były to mikrodawki.

Taka była wtedy powszechna wiedza o wspomaganiu diecie i treningu!

Oto przykłady kulturystów z tamtej epoki, sami oceńcie czy forma przez nich prezentowana zasługuje na uznanie. Moim skromnym zdaniem pod względem proporcji, symetrii i kształtów bili współczesnych zawodowców na głowę.
  
Pozdrawiam. Niech będzie z Wami siła i honor!